Opaleni i wypoczęci po trzech tygodniach podróży przez Hongkong, Makao i Wietnam wylądowaliśmy na lotnisku Szeremietiewo i od razu wpadliśmy w srogą rosyjską zimę: śnieg po łydki i -15 stopni. Jeszcze trzy dni wcześniej leżeliśmy na plaży przy +30 stopniach i zajadaliśmy owoce morza i ziemi, a tu taki brutalny przeskok! Taksówkarze, te hieny, chcieli zedrzeć z nas 2500 rubli, w końcu znaleźliśmy jakiegoś prywaciarza, który zawiózł nas za 1500. Moskwa w piątek wieczorem - korek. Na bazarze zmrożona ryba na zasypanym sniegiem stoisku, w hali targowej jakieś ubogie ziemniaki i marchewki, podczas gdy tam... jackfruity, papaje, mango, ananasy...
Bardzo chciałabym uporządkować wspomnienia i zdjęcia i przedstawić je na blogu w przyzwoitej formie, a nie w postaci emocjonalnych chaotycznych strzępków. A ponieważ mam dziecko, zaczynam znów pracę zawodową i mam jeszcze zaległe zadania naukowe, to muszę poprosić o trochę czasu. Dawkowanie relacji z niemalże rajskich warunków pogodowych w tych surowych okolicznościach przyrody będzie miało posmak sado-macho.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
kuros
OdpowiedzUsuńwitaj!witaj!witaj!
tęskniliśmy!
w każdym razie ja!
a moja cierpliwość sie z lekka wyczerpuje:-)
OdpowiedzUsuńmango i ananasy przywozą mi w puszkach z kompanii Utkonos. Ale jak mnie nie oświecisz to pewnie umre i sie nie dowiem co to są jackfruity..
OdpowiedzUsuńJa - dziecko lat pięćdziesiątych. Luksus kończył sie na winogronach i ananasie:-)
No i nie jestem pewien czy gratulować, czy współczuć Dimusze..Jeśli się nie pomyliłaś z tym macho to gratlować, no a jeśli to miało być maso to chyba współczuc...:-)
Ach, te freudowskie pomyłki... ;)
OdpowiedzUsuń