Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studia w Moskwie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studia w Moskwie. Pokaż wszystkie posty
24 lip 2009
28.06.2008, sobota
Jestem w pociągu do Warszawy. Za kilka godzin przekroczę granicę i ostatecznie skończy się mój półroczny pobyt w Moskwie.
Ostatni tydzień pełen był pracy i stresu. Robiłam badania do swojej pracy dyplomowej w ośrodku rehabilitacyjnym dla ofiar handlu ludźmi, byłam na konsultacji u mojej promotorki, wspaniałej Niny Anatoljewny, byłam na obronie kandydackiej Igora, zmagałam się z biurokracja próbując odebrać dokumenty Tobiasa z urzędu i żegnałam się z ludźmi i miejscami. Ale najpiękniejsze pożegnanie było wczoraj. Razem z Dimą zaplanowaliśmy wieczór z tymi, którzy w Moskwie byli mi najbliżsi i dzięki którym ten pobyt był tak wspaniały: z Graziellą, Simonem i Igorem. Długo siedzieliśmy na tarasie restauracji Jołki-Połki niedaleko od Kuznieckiego Mosta. Pożegnanie było rosyjskie, z wódką i toastami. Pięknymi toastami, które rozpoczął Igor, a podchwycił Dima. Jak zawsze z tymi cudownymi ludźmi było i zabawnie, i mądrze. Graziella i Dima okazali się mistrzami w geografii świata. A później – czyj to był pomysł? Grazielki? – poszliśmy na Plac Czerwony z zamiarem wypicia tam szampana. Jak szaleć, to szaleć! Z okrzykiem „w pieriod!” ruszyliśmy przez nocne ulice Moskwy. Drogiego mi miasta. Szampanskogo nie było, kupiliśmy więc piwo i lody u babuszki w przejściu podziemnym i w stanie lekkiego upojenia tak wspaniale rozpoczętym wieczorem podreptaliśmy na plac. Mieliśmy dłuższy postój przed witrynami GUM-u, ponieważ Dima po trzech dniach tłumaczenia dla Escady stał się ekspertem w dziedzinie damskiej mody i akcesoriów i objaśniał Grazielli, co się nosi w tym sezonie. Wreszcie dotarliśmy na środek placu. Moim życzeniem było, abyśmy dokładnie tam „posiedzieli na drogę” przed moim odjazdem. Graziella bała się, że milicjanci nas zgarną, w końcu w Moskwie zabronionych jest wiele rzeczy, a siedzenie na środku Placu Czerwonego na pewno do nich należy. Ale to był mój wieczór pożegnalny, a ponadto wszyscy spragnieni byliśmy przygód. I udało się! Siedzieliśmy długo, chyba z kwadrans i już nabraliśmy odwagi. I właśnie wtedy, gdy przestaliśmy się rozglądać na boki podszedł do nas tajniak i spytał „czy wśród was są Rosjanie?”. Igor był pogrążony w swoich myślach i chyba nawet nie usłyszał pytania, a Dima patrzył na nas, jakby czekał aż ktoś z nas się zgłosi i przyzna do bycia Rosjaninem. Ja miałam na sobie czapkę budionowkę, prezent pożegnalny, i przez to z daleka wyglądałam na turystkę, toteż zapytałam buńczucznie: „a dlaczego?” Na co tajniak odpowiedział „dlatego” i wyciągnął swój portfel, którego nawet nie pofatygował się otworzyć. Tym niemniej wszyscy uwierzyliśmy w to, że w środku jest legitymacja. Uznaliśmy zgodnie, że wystarczająco już posiedzieliśmy. Powoli i z godnością wstaliśmy z ziemi i ruszyliśmy w kierunku metra. Okazało się, że zapoczątkowaliśmy nowy trend i zapewniliśmy tajniakom robotę na następne pół godziny, ponieważ coraz więcej ludzi przysiadało na ziemi! Choć na chwilę Plac Czerwony był „nasz”, a nie „ich”! Z poczuciem wypełnienia obywatelskiego obowiązku wobec uciśnionego przez władzę narodu rosyjskiego weszliśmy do metra. A tam władza nam pokazała, kto jest silniejszy! W momencie gdy Simon właśnie dotknął poręczy szklanych drzwi wejściowych na stację, z przeciwnej strony umundurowany pracownik metra przekręcił klucz. Nawet na nas nie spojrzał. Co go tam obchodzi, że nie mamy jak wrócić do domu. Jest 1.00 w nocy i on zamyka stację. I już. Rozpoczął się wyścig z czasem: biegiem dotarliśmy do kolejnych drzwi, kawałek dalej. Tam opieszały mundurowy dopiero wyciągał klucz. Nie zważając na niego wpadliśmy na stację i zdążyliśmy na ostatnie metro! Emocjonujące zakończenie wspaniałego wieczoru. Miałam naprawdę piękny pożegnalny wieczór. I mam niezwykłych przyjaciół, mam do kogo wracać w Moskwie.
W związku z tym upojnym wieczorem pożegnalnym Dima zaspał i nie odebrał z dworca rodziców, którzy przyjechali do niego w odwiedziny. Cieszę się, że zdążyłam ich poznać przed moim wyjazdem. Później Dmitrij odprowadził mnie na dworzec. O godzinie 19.20 wsiadłam na Dworcu Białoruskim ze swoimi „czemodanami” do pociągu i … koniec.
22.06.2008, niedziela
Pierwszą połowę wczorajszego meczu spędziłam w kuchni na kulinarnych eksperymentach – przygotowałam kurczaka z ananasami, który gotowy był akurat w przerwie meczu. Panowie oderwali się od telewizora i z uznaniem zaczęli komentować jedzenie. W drugiej połowie śledziłam akcję razem z nimi, choć właściwie bardziej interesujący niż sam mecz byli Dmitrij i Oleg oglądający mecz. Oleg cały czas stał metr przed telewizorem i wyglądał tak, jakby miał zamiar wskoczyć do środka. Dima starał się sprawiać wrażenie, że jest bardziej opanowany, ale przeżywał tak, jakby sam biegał po boisku. Jeszcze zanim mecz się skończył, ale wiadomo było już, że Rosja zwyciężyła – zaczęło się. Telefony, sms-y, okrzyki. Znajomy Czeczeniec relacjonował: „cała Czeczenia się cieszy ze zwycięstwa Rosji, tutaj tylko armaty jeszcze nie strzelają!” A ktoś inny skomentował piłkarski sukces tak: „za Putina gorzej grali.” Na ulicy, która na czas meczu wymarła, zaczął się wielki festyn. Nie wiem, co się działo w centrum Moskwy, ponoć na ulice wyszło 700 tysięcy ludzi, ale w naszym dalekim od centrum Miedwiedkowo na ulicach było szaleństwo i euforia. Wyszłam z Dimą na socjologiczny spacer – półnadzy młodzieńcy z flagami szli środkiem ulicy, a po obu stronach chodniki przemierzały miejscowe piękności z nadzieją, że też skorzystają na tym futbolowym święcie. Z każdą minutą ludzi przybywało, było coraz głośniej, a na skrzyżowaniu przy stacji metra zebrał się tłum – starych i młodych, kobiet i mężczyzn, pijanych i trzeźwych. Z przewagą pijanych. Przejeżdżający pusty autobus trąbił za zwycięstwo, podobnie jak dwie betoniarki. A z przeciwnej strony jechała biała limuzyna, którą natychmiast - jak mrówki - obsiedli młodzieńcy z flagami i butelkami i przejechali na niej przez skrzyżowanie. Ludzie polewali się szampańskim, krzyczeli, tańczyli i obejmowali się. Co za radość!
21.06.2008, sobota
Mój ostatni weekend w Moskwie. Nie mogę w to uwierzyć.
Sobota zaczęła się przyjemnym upałem. Spanie do południa, potem celebracja śniadania w porze obiadowej – uwielbiam to! Niestety, na dziś Dima zaplanował jednak oglądanie meczu Rosja-Holandia. Zaopatrzyłam się w butelkę wina, żeby łatwiej przebrnąć przez te zmagania. Chociaż, kto wie, może mnie wciągnie. Trener rosyjskiej reprezentacji, podobnie jak naszej, jest Holendrem. To dodatkowy „smaczek” dzisiejszego meczu.
19.06.2008, czwartek
Pasmo sukcesów Rosji w sporcie i konkursach międzynarodowej rozrywki zdaje się nie mieć końca. Dima był chyba jedynym Rosjaninem, który wczoraj dobrowolnie zrezygnował z oglądania meczu. To poświęcenie spotkało się z moim ogromnym uznaniem. Tego, że Rosja wygrywa, domyślaliśmy się po krzykach i wiwatach, jakie słychać było z ulicy. A trwające do trzeciej w nocy sms-y i telefony od znajomych Dmitrija z całego obszaru b. ZSRR utwierdziły mnie w przekonaniu, że bez względu na stopień autonomii są momenty, w których każdy czuje się Rosjaninem.
Dziś byłam ostatni raz na zajęciach z hipoterapii. Jakby specjalnie – dziś jeździły moje ulubione dzieciaki. Największe wrażenie zrobiła na mnie 8-letnia Alinka, śliczna dziewczynka, poruszająca się na wózku inwalidzkim, ale w pełni sprawna psychicznie. Zajęcia z nią to prawdziwa przyjemność. Głównym zmartwieniem Alinki było, czy konikowi nie jest za ciężko lub niewygodnie, gdy ją wiezie. Wzruszające! Po zajęciach pożegnałam się z młodą czarną kotką, ze stareńkim psem Podarkiem, z brzydkim konikiem Ati i oczywiście z zespołem. Obcowanie z nimi dało mi dużo radości i dużo mnie nauczyło.
15.06.2008, niedziela
Udało mi się zrealizować plan „Trzy Kremle w trzy dni”: przedwczoraj Rostów Wielki, wczoraj Jarosław, dziś Moskwa. W związku ze świętem Rosji obywatele dostali długi weekend i letnie upały w prezencie. Kontynuując zwiedzanie Złotego Pierścienia Rosji (na tym szlaku widziałam już Sergejew Posad, Wladimir i Suzdal) wybraliśmy się z Dmitrijem do Rostowa Wielkiego (a w rzeczywistości bardzo maleńkiego) i do Jarosławia. W Rostowie do zwiedzania było niewiele i całą miejscowość przeszliśmy na piechotę w parę godzin. Oprócz głównej atrakcji, czyli Kremla, obejrzeliśmy ciekawe prywatne muzeum „Hors” – trochę tam było nostalgicznych staroci, trochę lokalnej historii, a trochę artystycznych wyrobów właścicieli muzeum. Poopalaliśmy się nad rzeką i wyruszyliśmy dalej – do Jarosławia. Decyzja była spontaniczna i skończyła się goraczkowym przemierzaniem miasta wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu noclegu. Zatrzymaliśmy się w Hotelu Kolos przy dworcu autobusowym. Dostał nam się ostatni wolny pokój. Obsługa hotelu była gościnna w sposób odwrotnie proporcjonalny do wyposażenia hotelu – szeroki i rzadko w Rosji spotykany uśmiech na twarzach, ale całkowity brak papieru toaletowego. Mimo to Jarosław wywarł na nas jak najlepsze wrażenie. Miasto zalane słońcem i turystami. Aż żal było wracać.
12.06.2008, czwartek
Znów prazdnik. Święto Rosji. Przez cały dzień kończyłam się przeprowadzać z obszagi do Dimy. Od trzech dni biegam z walizkami między Wyhino a Medwedkowo (czyli z samego południa na samiutką północ Moskwy). Atmosferę święta Rosji udało nam się poczuć dopiero wieczorem, na spotkaniu z Graziellą i Simonem. Zawiązaliśmy sobie na przegubach niebiesko-czerwono-białe wstążki i poszliśmy oglądać wystawę fotografii na Czystych Prudach. Tam pełno było świętującej młodzieży, piwa, gitar i śpiewu.
11.06.2008, środa
Siedzę na walizkach. Od wczoraj sukcesywnie przeprowadzam się do Dimy. W akademiku mogłabym zostać do 15 czerwca, ale po co, jeśli tu już nie ma żywej duszy. Dziś pojechała Natalia, z którą mieszkałam przez te wszystkie miesiące w jednym pokoju. To akademikowe życie w komunie to była dla mnie próba charakteru i wydaje mi się, że przeszłam ją pomyślnie.
Przez weekend byliśmy w Petersburgu. Pojechałyśmy z Graziellą i Natalią. Na miejscu był już Simon (pojechał na konferencję o gospodarce). Tym razem przez miasto wiódł mnie turystyczny szlak: Ermitaż, wycieczka statkiem po Newie, muzea i cerkwie. Mieszkaliśmy w samym centrum, na Bolszoj Koniusznej, 200 metrów od Newskiego Prospektu. Dzięki długim pieszym wycieczkom poznałam lepiej miasto i mogę powiedzieć, że się w nim całkiem nieźle orientuję. Petersburg jest niewątpliwie piękny. Piękny i interesujący, europejski w najlepszym stylu. Ale wieje tam taki wicher, że za nic w świecie nie chciałabym tam mieszkać. (W Moskwie też nie ma upałów, ale Moskwa to już moje miasto).
Poznałam kilkoro petersburskich ekspatów – znajomych Grazielli i Simona. Bardzo ciekawi ludzie. Wszyscy ci zachodnioeuropejczycy, którym chce się łamać głowę trudnymi słowiańskimi językami i mieszkać w krajach Europy Wschodniej, w których – w porównaniu z ich „poukładanymi” ojczyznami – wszystko jest na opak, to są bardzo interesujące postaci. I wśród takich wędrowców coraz częściej spotkać można ludzi, którzy wychowywali się w mieszanych małżeństwach, są dwujęzyczni i przez większość swojego życia przenosili się z miejsca na miejsce. Znak czasów. Najbardziej złośliwym, ale i najbardziej interesującym pytaniem, jakie można im zadać to: „a gdzie jest twój dom?” Odpowiedzi są różne – dla tych nieustatkowanych nomadów domem jest najczęściej jeszcze dom rodziców, albo to miejsce, w którym mieszkają teraz – choćby przejściowo. Ja sama nie umiałabym jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście, że najważniejsza jest dla mnie Warszawa, gdzie mieszka moja mama. Nie wyobrażam sobie spędzać świąt gdzie indziej, a to całkiem dobry miernik „zadomowienia”. Ale najczęściej określam siebie jako „przejściowo bezdomną”, bo nie ma na świecie miejsca, gdzie byłyby złożone wszystkie moje rzeczy, i do którego mogłabym wracać. I to mnie martwi, bo stan mojego posiadania rośnie, a miejsca do przechowywania nie mam.
W każdym razie, weekend w Petersburgu był niezwykle udany, bo oprócz atrakcji turystycznych i towarzyskich zobaczyłam jeszcze cuda natury: białe noce!
03.06.2008, wtorek
W sobotę znów świętowaliśmy urodziny Simona, tym razem było to zaplanowane party urodzinowe, zorganizowane w duńskim duchu – z tradycyjnymi duńskimi słodkościami. Goście byli międzynarodowi, ale zauważyłam, że u Duńczyka przewagę stanowią znajomi z kręgu kultury północnej: Skandynawowie i Holendrzy. Swój do swego ciągnie. Było wesoło i tanecznie, a dzięki Natalii była też gitara i śpiew. Obecni na imprezie Rosjanie byli zadziwieni naszą znajomością tekstów rosyjskich – śpiewaliśmy wszystko: przeboje z ruskich multików, piosenki ludowe, Okudżawę i Kino, a skończyliśmy na Zemfirze.
Byłam już na dziesiątkach multikulturowych imprez, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby będącym w Niemczech obcokrajowcom chciało się dyskutować o niemieckiej polityce. Z niej można się trochę pośmiać, ale komu by się chciało dyskutować o takiej nudzie? Co innego o Kaczyńskich, oni dostarczyli tematu do rozmowy na każdą imprezę z udziałem Polaków od Gibraltaru po Ural. Szkoda tylko, że trzeba było się nieźle umysłowo nagimnastykować, żeby też móc się z tego politycznego nieszczęścia pośmiać. Natomiast wszelkie międzynarodowe spotkania w Rosji prędzej czy później kończą się zażartymi dyskusjami o polityce. Przy czym nie jest to temat, który pasjonuje wyłącznie moskiewskich expatów, Rosjanie też chętnie się wypowiadają, każdy ma przy tym inne zdanie, choć w jednym na razie wszyscy spotkani przeze mnie ludzie byli zgodni: polityka w Rosji jest autorytarna, wybory to szopka, a do demokracji jeszcze daleko. Różnice pojawiają się w ocenie rządów Putina i w ocenie gotowości rosyjskiego społeczeństwa do stania się społeczeństwem obywatelskim, w kwestii bogactwa i biedy w Rosji. Jakże różnią się pod tym względem urodzeni Moskwicze od przyjezdnych! Jak różni się stolica od reszty kraju! Jeden z Moskwiczy powiedział: „Ja wiem, co to jest bieda. Żyłem biednie we Włoszech”. Parsknęliśmy śmiechem. Jak porównać tą wypowiedź – inteligentnego, bądź co bądź, faceta, który interesuje się sytuacją w swoim kraju i ma na ten temat coś do powiedzenia – z życiem prowincji Rosji w na początku lat 90-ych, gdzie nierzadko ludzie cierpieli głód? Mało kto zdaje sobie sprawę z konieczności przetrawienia historii, większość chce się grubą linią odciąć od przeszłości i żyć tak, jakby kraj dopiero się narodził. A to, niestety, niemożliwe. Bez wiedzy o przeszłości i bez publicznej debaty niemożliwe jest planowanie przyszłości. Ci ludzie są pozbawieni korzeni, ich znajomość historii jest wyrywkowa i dlatego władzy łatwo nimi manipulować. Ale bez względu na smutny ton naszej dyskusji, która skończyła się niczym i pozostawiła wszystkie pytania otwarte, party było świetne!
Następnego dnia dokonałam odkrycia: na stadionie olimpijskim jest targ książek! Na 4 piętrach same książki, stare i nowe, na każdy temat. Obok stadionu stoi sobie główny meczet w Moskwie.
W Moskwie w niedzielę pracują wszystkie sklepy. Wszystkie. W Polsce też jest pod tym względem nieźle, ale w Belinie w niedzielę można pójść tylko do tureckiego sklepu albo na stację benzynową. A mówi się, że to na Zachodzie panuje konsumpcyjny styl życia!
Razem z Natalią zwiedzałyśmy wczoraj WDNH – olbrzymi teren dawnych targów, obecnie bardziej park kultury. Pogoda była prawdziwie letnia, Moskwicze spragnieni słońca rozbierali się z czego mogli, a dziś znów deszcz i pochmurno. Dzień w sam raz na załatwianie ostatnich formalności na uniwersytecie!
30.05.2008, piątek
Wczoraj, wracając po 21 z korepetycji z języka niemieckiego, których zaczęłam udzielać, i przesiadając się na Krasnopresnenskiej na „kolcową” linię metra, popatrzyłam na przerzedzony już o tej porze tłumek pasażerów, na piękne płaskorzeźby na stacji, wsłuchałam się w zgrzyt podjeżdżających wagoników i po raz pierwszy odkąd tu jestem pomyślałam: „to moje miasto”. Spędziłam tu kilka miesięcy swojego życia i prawdopodobnie spędzę kilka kolejnych za pół roku. Moskwa nie jest gościnna, ale jak każda stolica, wchłania w siebie „obcych” i przerabia ich na „swoich”. Zresztą, pod pewnymi względami, np. kłótliwości, nie różnię się od rodzimych mieszkańców. Ciągle jeszcze waham się w swoich uczuciach do Moskwy. Ale zauważyłam, że bez względu na to, czy lubię ją czy nie – ja jestem już trochę jej, a ona trochę – moja.
Turyści w Moskwie mogliby brać udział w konkursie „Znajdź najbliższe wejście do metra”. Średniej wielkości czerwona i niepodświetlona literka M zlewa się na ogół ze znacznie większymi reklamami i dla niewtajemniczonych zejście do podziemnej Moskwy graniczy z cudem.
29.05.2008, czwartek
Słoneczny dzień, a taki smutny – bo właśnie odjechał Tobi. Na placu boju pozostałyśmy już tylko we trzy: Tiina, Natalka i ja. Wczoraj nasza kuchnia po raz ostatni przeżyła najazd inostrańców, bo Tobi świętował swój ostatni wieczór w obszadze: przyszedł Erik, Simon, Kolja, a także nasze kochane i dawno nie widziane Caro i Susi. Znów ożyła palarnia, choć smutno zrobiło się, gdy Susi zabrała na pamiątkę nasze „skorogaworki” z toalety. Teraz siedzę w obszadze całkiem sama. Dziewczyny poszły na stołówkę, a ja sięgnę do naszej dobrze zaopatrzonej lodówki.
Przedwczoraj Simon skończył 30 lat i zrobiliśmy mu party-niespodziankę. Było znów międzynarodowo, wielojęzycznie i wesoło. Najbardziej podobał mi się moment, gdy w gorącej dyskusji o polityce zaczęliśmy mówić w kilku językach naraz, jak komu wygodniej. Dialog składał się głównie z wypowiedzi po rosyjsku, niemiecku i angielsku. Na podstawie moich wrażeń z ostatnich dni wnioskuję, że jeśli zanurzyć się trochę w Moskwę, to można w niej żyć tak samo multikulturowo jak w Berlinie. Żyjący tutaj obcokrajowcy mają swoje ścieżki i swoje miejsca na moskiewskiej "mentalmapie" wydeptane tak samo, jak i wielonarodowi Berlińczycy.
25.05.2008, niedziela
No nie! Ale się tym Rosjanom wszystko układa w ostatnim czasie! Nie dość, że wygrali w piłkę nożną i w hokeja, to jeszcze ich Dima Bilan zajął pierwsze miejsce w konkursie Eurowizji!
24.05.2008, sobota
Wczoraj mieliśmy ostatni dzień zajęć w MosGU. Trochę smutno, ale ponieważ mam przed sobą jeszcze miesiąc pobytu w Moskwie, to nie czuję jeszcze tej atmosfery końca (którą z radością i ulgą odczuwa reszta grupy, chyba tylko poza Tobiasem).
Po zajęciach pojechaliśmy do IOM, międzynarodowej organizacji ds. migracji, w której pracuje Graziella. Grazi przygotowała nam tam szereg spotkań z pracownikami i kierownikami różnych działów, którzy przygotowali prezentacje i opowiadali nam o przesiedleńcach, o programach integracyjnych, o wymaganiach wobec azylantów, o handlu ludźmi i o centrum pomocy jego ofiarom. Bardzo nam się podobało, było interesująco i profesjonalnie. Na pewno skorzystam na tej wizycie, bo udało mi się już wstępnie umówić na wywiady do mojej pracy dyplomowej i na przyjrzenie się warsztatom orientacji kulturowej dla emigrantów (serce etnologa zabiło mocniej, gdy padło to hasło).
Później, w mniejszym gronie, poszliśmy do restauracji na naszą kolejną „międzynarodówkę”. Za stołem siedziało 5 osób, a każda z innego kraju: Graziella i Simon, Tobias, Dima i ja. Było głośno, wesoło i bardzo zrozumiale. Może właśnie dzięki temu, że każdy z nas był z innej części Europy i zbyt wiele było różnic, byśmy mogli się na nich koncentrować. A może to nasze ponadnarodowe cechy charakteru wzięły górę i rozumieliśmy się tak dobrze, bo jesteśmy zwyczajnie i po ludzku do siebie podobni i mamy podobne spojrzenie na życie. Ja sama od kilku dni żyję w silnych oparach kulturowego szoku po kolejnym zderzeniu z moją niemiecką (nie do końca niemiecką, ale niech już tak zostanie) grupą i jedyną osobą spośród moich Niemców, z którą mogę bezboleśnie komunikować jest właśnie Tobias: Niemiec z Freiburga, dziwne połączenie niemieckiej skrupulatności i słowiańskiej otwartości. Nasza grupa jest w rozsypce, bo semestr w Moskwie dobiegł końca. Caro i Susi wyprowadziły się do wynajętego mieszkania, obie dostały pracę w Rosji i nie będą już z nami dalej studiować. Andżelika wróciła do Berlina, Fredka wyjeżdża jutro, a Tobias w czwartek. Tiina na początku czerwca jedzie do Helsinek, Natalia odlatuje do domu w połowie czerwca, a ja zostaję na placu boju do końca czerwca: będę prowadzić badania, siedzieć w bibliotekach, chodzić na hipo i w przerwach po prostu leniuchować! Wspaniały plan!
19.05.2008, poniedziałek
Dziś wróciłam z Petersburga. Spędziłam tam cudowny weekend i wróciłam zmęczona, ale bardzo zadowolona. Miasto jest mniejsze od Moskwy o jakieś 6 milionów mieszkańców i to się czuje. Ludzie są spokojniejsi, milsi, a nawet się uśmiechają. Odpowiadają na pytania i nie pchają się w metrze. Nie strach przechodzić przez ulice – samochody zatrzymują się przed pieszymi. Jednym słowem – w tym mieście można by było żyć, gdyby nie klimat…
Przyjechaliśmy na miejsce w sobotę o 4.30 rano. Od razu poszliśmy do kas kupić bilet powrotny. Kasjerka sprzedała nam bilet na bardzo późny pociąg, a na pytanie Dimy, czy jest prawdopodobieństwo, że pojawią się bilety na wcześniejsze pociągi, odpowiedziała z kamienną twarzą: „Prawdopodobieństwo jest, ale tak małe, że go nie widać”.
Potem na piechotę zwiedzaliśmy centrum, przechadzaliśmy się po Newskim Prospekcie i obserwowaliśmy, jak miasto powoli budzi się do życia. Piękna architektura, zupełnie inna niż w Moskwie. Moda jakby bardziej zachodnia, szczególnie kobiety były mniej strojne niż w stolicy. Masy turystów, głównie ze Skandynawii, przemieszczały się po szerokich, wygodnych i równych chodnikach. Wszędzie czysto. Nikt nie pluje, nie rzuca kiepów pod nogi. Aż straszno.
Największym szokiem było dla mnie metro. Zbiegając na stację już przygotowałam łokcie i nabrałam rozpędu – jakim zdumieniem dla mnie było, że ludzie spokojnie wchodzą i wychodzą z wagonów, a drzwi nie zatrzaskują się po upływie 30 sekund. Podobno od razu było po mnie widać, że przyjechałam z Moskwy.
Weekend minął nam w podniosłym, sportowym nastroju – przyjechaliśmy tuż po sukcesie Zenitu i mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć szaleństwo Petersburżan: szaliki, flagi, reklamy i nieustające rozmowy o piłce nożnej. A wyjeżdżaliśmy wśród wiwatów na cześć rosyjskiego hokeja.
14.05.2008, środa
W moskiewskich księgarniach urzędnicy masowo wykupują portrety nowego prezydenta. Przy czym, gdy w jednej księgarni zabrakło dużych portretów, sprzedawczyni zaproponowała kupującemu wspólny portret Putina i Miedwiediewa – urzędnik nie chciał go kupić. Przecież nie wiadomo jeszcze, z której strony wiatr powieje…
A ja w samym środku sesji, po nocach nie śpię: czytam, piszę, tłumaczę. Na szczęście mam dobrego redaktora swoich tekstów, no i – co najważniejsze – wreszcie to, czym się zajmuję, sprawia mi radość! Uczę się z przyjemnością i dlatego jestem dobrej myśli, co do wyników.
No i ten upajający zawrót głowy po wykładach prof. Fursowa, kiedy okazuje się, że świat, w którym żyję, jest inny niż się wydawało.
13.05.2008, wtorek
Nie dość, że jestem przeziębiona, to jeszcze nadeszła kolejna fala kryzysu, wywołana… kryzysem innych. Moi Niemcy padają jak muchy przygnieceni rozczarowaniem, stresem i tęsknotą za porządkiem i systematycznością. Po wczorajszych kuchennych rozmowach jestem na nich zła i rozżalona! Niby wszyscy są tacy tolerancyjni, niby znają podstawy międzykulturowej komunikacji, a jednak nie potrafią się zdystansować. Z wieloma ich argumentami się zgadzam, i jeszcze jeśli dochodzą do tego ich kryzysu osobiste przesłanki, to nie ma o czym dyskutować, ale zarzut pod adresem wykładowców, że nie byli ciekawi nas i nie zrobili rundy zapoznawczej powalił mnie na kolana. Teraz ja jestem w kulturowym szoku i zastanawiam się, co jest ważniejsze na uniwersytecie: nauczyć się czegoś, czy się zaprezentować? Nie lubiłam swoich studiów w Niemczech, bo miałam wrażenie, że studenci zabierają głos bez potrzeby, dyskutują o niczym, za to używając wyrazów obcego pochodzenia i są straszliwie wyemancypowani względem profesorów. Wczoraj się dowiedziałam, że uniwersytet to dialog ludzi równych. No, to w takim razie możemy usiąść w kółeczku i sobie poopowiadać co chcemy, tylko czy my naprawdę mamy tyle samo do powiedzenia co nasi profesorowie? Może jednak trochę szacunku dla ich wiedzy i doświadczenia nie zaszkodzi poczuciu własnej wartości moich współstudentów? Chwilami mam wrażenie, że oni przyjechali tu, nie aby się czegoś nauczyć, ale żeby pouczyć Rosjan.
09.05.2008, piątek
Z prazdnikom! Z dniom pobiedy! Od rana wymieniałam życzenia z rosyjskimi znajomymi, dla których ten dzień zdaje się być dosyć ważnym. Na pewno wielu z nich nie myśli o tym święcie w imperialistycznych kategoriach (usłyszałam m.in. wyrazy radości z powodu „wspólnej Europy”, w której razem żyjemy w przyjaźni i pokoju), ale większości jakakolwiek historyczna refleksja jest obca. To jest, moim zdaniem, jednym z największych dramatów Rosjan. Ale – jako Polka – czuję się w obowiązku od razu dodać, że my także nie uporaliśmy się z naszym kompleksem ofiary i Mesjasza narodów. I daleko nam jeszcze do przetrawienia naszej historii. Wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, a i uczniowie w szkole śmieją się słysząc na lekcjach historii, że teraźniejszość można zrozumieć tylko znając przeszłość i że nie ma przyszłości bez przeszłości, ale to jest fakt. Historia kształtuje nasze myślenie o współczesnym świecie w o wiele większym stopniu niż chcielibyśmy to przyznać.
Dzięki temu, że wraz z grupą Niemców żyję od paru miesięcy w Rosji lepiej poznałam nie tylko ich kultury, ale i moją własną. Kontakt z innymi kulturami to jak oglądanie siebie w lustrze. Tylko dzięki temu, co nas odróżnia jesteśmy w stanie określić samych siebie. I wciąż uczę się tego, by w kontaktach z innością nie kierować się emocjami. Szukać przyczyn, próbować zrozumieć. Tu nie chodzi o to, kto ma rację. Takich sporów nigdy nie uda się rozstrzygnąć. Są bezsensowne i niepotrzebne, wręcz szkodliwe. Narody, tak jak ludzie, mają swój instynkt samozachowawczy i wolę przetrwania. A historia Rosji jest nie mniej tragiczna niż historia Polski. Dopiero odkąd tu jestem zaczynam rozumieć, jak bolesne i traumatyczne było dla Rosjan ostatnich 20 lat. To nie była prosta droga od totalitaryzmu ku demokracji, której Rosja wciąż nie może pokonać, ale chaos, niepewność jutra i życie na krawędzi wojny domowej. A ocena rządów Putina (przy całej mojej niechęci do imperialnej polityki) też nie jest tak prosta i jednoznaczna jak mogłoby się wydawać na Zachodzie.
08.05.2008, czwartek
Dziś miałam jeden z najprzyjemniejszych egzaminów w swoim życiu, a polegał on na przeprowadzeniu zajęć ze studentami. Dostał mi się 2 rok pracy socjalnej, około 10 osób. Opowiadałam im o rozwoju etnologii i antropologii kultury, o definicji kultury i kluczowych pojęciach tej nauki. Jestem bardzo zadowolona z przebiegu zajęć: udało mi się wzbudzić ich zainteresowanie i zaktywizować ich. Sama się sprawdziłam w tej roli i już wiem, że na pewno właśnie tym chce się zajmować w przyszłości, no i zaliczyłam egzamin na piątkę. Choć profesor uprzedzał mnie, że na pewno studenci nie będą zainteresowani i nie będą brać udziału w zajęciach, to okazało się, że byli gotowi do współpracy, mieli własne przemyślenia, a temat ich zaciekawił.
Myślałam, że po egzaminie rozpocznie się dla mnie długi weekend, ale okazało się, że muszę jeszcze przebrnąć przez trzy pary metodyki badań. Ale potem… dzień był pełen dyskusji, rozmów, podsumowań. Nasz pobyt tutaj powoli zbliża się do końca. Wprawdzie mam zamiar pozostać w Moskwie do końca czerwca, ale Andżelika i Friederike wyjeżdżają już pod koniec maja. Potem Tobias , Tiina, w połowie czerwca Natalka. Razem ze mną w Moskwie (ale już w swoim, wynajętym mieszkaniu) zostaną Caro i Susanne. Obie przerwą studia, bo znalazły pracę w Rosji. Poczucie końca naszej przygody narasta. Ci, którzy będziemy kontynuować naukę w Berlinie, znajdziemy się w zupełnie innej sytuacji. Nie będziemy tak bardzo zdani na siebie jak w Moskwie, nie będziemy razem mieszkać. Toteż coraz częściej dochodzi w naszych rozmowach do podsumowania tego, co tu przeżyliśmy. I choć wpadłam teraz w sentymentalny ton – jak zawsze, gdy coś się kończy, a przyszłość jawi się jako wielka niewiadoma – to nasza wieczorna nasiadówka w kuchni z dwiema butelkami szampanskogo była bardzo wesoła i optymistyczna. A jutro wielki prazdnik: przez miasto przejedzie parada czołgów, przelecą samoloty, a wieczorem niebo nad Moskwą rozbłyśnie od fajerwerków. Mamy zamiar w tym wszystkim uczestniczyć!
07.05.2008, środa
Wiem, że to już się staje nudne, ale w Rosji znowu prazdnujemy: 9 maja to Deń Pabiedy. Od jakichś dwóch lub trzech lat zwyczajem jest noszenie, na znak uczestnictwa w tym święcie, wstążeczek w pomarańczowo-czarne paski. Już teraz sporo ich się pojawiło, a będzie jeszcze więcej.
W północnych rejonach Moskwy padał dziś rano śnieg. Pomimo to, w moim sercu maj, ale zdaje się, że tylko w moim. Zajęta własnymi sprawami dopiero dziś zauważyłam, że nastroje wśród moich współstudentów siadły. Może dlatego, że jesteśmy w połowie sesji, a terminy oddania prac zbliżają się nieuchronnie? A może to kolejna fala kryzysu na tle kulturowym? A może, jak sugerowała dziś Carolin, po prostu wielu z nas nie wie, co ma dalej w życiu robić... Ja i Caro, każda oddzielnie, zaplanowałyśmy dziś potężnie spóźnić się na zajęcia i dlatego natknęłyśmy się na siebie w kuchni, gdy wszyscy już wyszli. Udało nam się zjeść najspokojniejsze i najbardziej domowe śniadanie od wielu miesięcy – łagodna muzyka z radia, spokój i cisza na korytarzu, kubek kawy i kanapki, a do tego rozmowy o kryzysach, problemach, planach, rozczarowaniach. Brzmi strasznie, ale to była bardzo ciekawa i krzepiąca rozmowa. Caro otworzyła mi oczy na to, że jedynymi osobami odpornymi na akademickie stresy i nagłe wolty naszych profesorów jesteśmy ja i Andżelika – pewnie dlatego, że jako jedyne przeszłyśmy pełen tok nauczania na Wschodzie. Niemieckim studentom trudniej się przystosować. Po południu natomiast ucięłam sobie godzinną pogawędkę z Tobiasem. On też przeżywa chwilowy kryzys, na tle tożsamościowym. Tobias ma naukowe podejście i opisał swoją chandrę posługując się modelem socjalizacji jednostki według A. I . Kowalowej.
Wczoraj i dziś miałam konsultacje ze swoją naukową opiekunką, Niną Anatoljewną. Jestem zachwycona faktem posiadania tak wspaniałej promotorki! Dogadujemy się bardzo dobrze, zarówno w kwestiach naukowych, jak i międzyludzkich. Dostałam nowy zastrzyk energii i motywacji, a moje dotychczasowe wysiłki zostały przez nią dobrze ocenione. Oby tak dalej!
05.05.2008, poniedziałek
Trzy dni spędzone z dala od Moskwy to był prawdziwy odpoczynek dla zszarganych stołecznym tempem życia nerwów! Żadnego metra, żadnych tłumów, a ludzie jakby trochę sympatyczniejsi.
Pojechaliśmy we trójkę: Natalia, Dmitrij i ja. Zatrzymaliśmy się w hotelu Zarja, blisko centrum. Właściwie bardzo blisko –cały Wladimir nie jest większy od moskiewskich Weszniaków. Wszystkie zabytki i atrakcje turystyczne są położone przy głównej ulicy. Pogoda dopisała i chyba przez to mieliśmy wrażenie pobytu w nadmorskim kurorcie (tylko morza nie było). Odróżnieniem od Moskwy był nie tylko częsty uśmiech i znacznie lepsza (choć daleka od doskonałości) obsługa w lokalach gastronomicznych, ale i znacznie gorsze samochody. Ceny zaskakująco niskie, dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, jak drogo jest w Moskwie. Drugi dzień spędziliśmy w Suzdalu, który jest oddalony tylko o pół godziny jazdy od Wladimira. Jest mniejszy i bardzo malowniczy. Turystów więcej niż miejscowych, a mimo to bardzo przyjemnie. Trzeci dzień znów we Wladimirze. Natalka nie miała ochoty wracać do Moskwy, a ja – bardzo! Narzekam na tę Moskwę straszliwie, ale czuje się w niej już zadomowiona. Zresztą, to narzekanie, to typowa cecha Moskwiczy.
02.05.2008, piątek
Nastąpiły święta majowe, a wraz z nimi cisza i spokój na wtorom etaże naszej obszagi. Tobi poleciał do Niemiec, Susi i Caro do Kijowa, Andżelika już od tygodnia jest w Berlinie, a ja i Natalka jedziemy dziś do Wladimira i Suzdala. W domu zostaną tylko chora Fredka i Tiina.
Wczoraj było święto pracy i czuje lekki wyrzut sumienia, że w celach poznawczych nie włóczyłam się po mieście – podobno były parady i fajerwerki. Wybrałam jednak towarzystwo koni i dzieciaków – pojechałam na hipoterapię. Tym razem występowałam w nowej roli – „koniowoda”. Bardziej mi to odpowiada niż trzymać chore dzieci, żeby nie pospadały. Mam dzięki temu lepszy kontakt ze zwierzakiem. Pierwszy koń, Major, ogromny i ciężki, od razu wyczuł, że jestem nowa i robił, co chciał. Z Miecztą było już lepiej, a z trzecim konikiem, brzydkim Ati (naprawdę brzydki i nieproporcjonalny konik, dlatego go lubię) było już świetnie. Jak z grzecznym psem na smyczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

