26 lip 2011
18 lip 2011
Mól książkowy
Rośnie nam mól książkowy, albo - jak kto woli - книжный червь:
Sofka ma na razie kolekcję pięciu książeczek dla naj-naj-najmłodszych i lubi je przeglądać. Książki są atrakcyjne, mają dziurki, przez które można zaglądać na kolejną stronę, okienka do otwierania, wydają odgłosy, no i mają ciekawe obrazki. Z jedną można się kąpać, a do innej przytulać.
Szczególnie warta polecenia wydaje mi się seria "Кто это там" wydawnictwa Лабиринт:
A Dimka kupił kolejne dwadzieścia tomów z serii detektywistycznej "Лекарство от скуки". I połyka je. A ja... hmm... czytam "Bioetykę i dziennikarstwo", "Koniec człowieka", "Bio-władzę w epoce biotechnologii" i choć w nich też ludzie umierają, to nikt nie rozwiązuje żadnych zagadek.
Sofka ma na razie kolekcję pięciu książeczek dla naj-naj-najmłodszych i lubi je przeglądać. Książki są atrakcyjne, mają dziurki, przez które można zaglądać na kolejną stronę, okienka do otwierania, wydają odgłosy, no i mają ciekawe obrazki. Z jedną można się kąpać, a do innej przytulać.
Szczególnie warta polecenia wydaje mi się seria "Кто это там" wydawnictwa Лабиринт:
A Dimka kupił kolejne dwadzieścia tomów z serii detektywistycznej "Лекарство от скуки". I połyka je. A ja... hmm... czytam "Bioetykę i dziennikarstwo", "Koniec człowieka", "Bio-władzę w epoce biotechnologii" i choć w nich też ludzie umierają, to nikt nie rozwiązuje żadnych zagadek.
11 lip 2011
Poniedziałek
Spaceruję z Sofką w okolicach Leninskiego Prospektu i widzę gęsto zaparkowane na chodniku samochody, co nie wzbudziłoby mojego zdziwienia, gdyby nie były to same czarne mercedesy:
A stały sobie one przed takim oto niepozornym biurowcem:
Gazprom. I wszystko jasne.
Tymczasem, wielce z siebie dumna, już drugi dzień robię konfitury z wiśni. Znajoma pisze do mnie: robię konfitury! Ja: O, to tak jak ja! A z czego? Bo ja z wiśni. Ona: z czereśni z koniakiem i czekoladą, z ostrych papryczek, z ananasa z rozmarynem, z pomidorów i cytryny i z cebuli na winie.
Są ludzie, którzy jednym zdaniem potrafią zepsuć komuś humor na cały dzień.
A stały sobie one przed takim oto niepozornym biurowcem:
Gazprom. I wszystko jasne.
Tymczasem, wielce z siebie dumna, już drugi dzień robię konfitury z wiśni. Znajoma pisze do mnie: robię konfitury! Ja: O, to tak jak ja! A z czego? Bo ja z wiśni. Ona: z czereśni z koniakiem i czekoladą, z ostrych papryczek, z ananasa z rozmarynem, z pomidorów i cytryny i z cebuli na winie.
Są ludzie, którzy jednym zdaniem potrafią zepsuć komuś humor na cały dzień.
6 lip 2011
Tugeza i ... świat jest piękny
Po dwóch i pół miesiąca wróciłam z Polski do Rosji. Znów wiele mnie zadziwia, na plus i na minus. Wokół domu wyasfaltowali dawno wydeptane ścieżki. Truskawki są strasznie drogie. Znów biegam po urzędach. Urządzam mieszkanie i mam parę nowych pomysłów na życie. No i pieluchy, pieluchy, pieluchy... Ale o tym wszystkim kiedy indziej.
Przypadkiem trafiłam na ciekawy blog. Blog ludzi dobrej woli, można powiedzieć. Czyli kogo? "Ludzie często z niepokojem pytają nas: kim jesteście? Wtedy trochę sie peszymy, czerwienimy się i nie wiemy co im odpowiedzieć w dwóch słowach. Nie jesteśmy żadną sektą, nie jesteśmy partią polityczną, nie jesteśmy fundacją charytatywną, co tam - my się ledwie znamy" - piszą o sobie na blogu http://together.ru/. Fajnie, że są tacy ludzie, że umieją się skrzyknąć, zorganizować coś pożytecznego i jeszcze pociągnąć za sobą innych. Kiedy cały świat wydaje się "be", to można wejść na taki blog i od razu nabrać przekonania, że nie jest jednak tak źle.
Oj, jakoś tak wyszło, jakbym właśnie myslała, że świat jest okrutny i zły. Nie, na szczęście mam jeszcze spory zapas optymizmu. A ten link zachowam sobie na później, na jesienne słoty.
Przypadkiem trafiłam na ciekawy blog. Blog ludzi dobrej woli, można powiedzieć. Czyli kogo? "Ludzie często z niepokojem pytają nas: kim jesteście? Wtedy trochę sie peszymy, czerwienimy się i nie wiemy co im odpowiedzieć w dwóch słowach. Nie jesteśmy żadną sektą, nie jesteśmy partią polityczną, nie jesteśmy fundacją charytatywną, co tam - my się ledwie znamy" - piszą o sobie na blogu http://together.ru/. Fajnie, że są tacy ludzie, że umieją się skrzyknąć, zorganizować coś pożytecznego i jeszcze pociągnąć za sobą innych. Kiedy cały świat wydaje się "be", to można wejść na taki blog i od razu nabrać przekonania, że nie jest jednak tak źle.
Oj, jakoś tak wyszło, jakbym właśnie myslała, że świat jest okrutny i zły. Nie, na szczęście mam jeszcze spory zapas optymizmu. A ten link zachowam sobie na później, na jesienne słoty.
21 cze 2011
Zmagania
mmma-ma-ma-ba-bbba-ba-daa-daa-da-tttta-ta-ta-brrrr.... mmma-ma-maaa-ba-bbbaa-baa-daa-da-taa-ta-brrrrr....
15 cze 2011
Zasłyszane
Zasłyszane od mamy sześciolatka:
-Mamo, tato! A jak powiedziałem Józiowi, że dzieci się biorą jak chłopiec wsadzi siusiaka w cipkę dziewczynki, to mi nie uwierzył…
- (konsternacja) A skąd ty to wiesz?
-Dziadek mi powiedział! Ale ja tak nigdy nie zrobię. Wstydziłbym się.
14 maj 2011
Urzędowy zawrót głowy
W poniedziałek z krzyżem na ramieniu udaliśmy się na Sowiecki Prospekt 13. Na miejscu okazało się jednak, że tak jak nam mówił Piotr, (a nie jak twierdziła cała reszta), wizę wyjazdową możemy zrobić na ulicy Frunze 6. Pojechaliśmy tam. Panie w urzędzie były takie same jak w Moskwie, tj. tak samo nieprzyjemne. Od razu poczułam się swojsko. Urzędnik to urzędnik, niezależnie od tego, czy jest z Moskwy, czy z Kaliningradu.
Okazało się, że jednak przebywałam na terenie Rosji legalnie, bo wiza jest ważna. Ale nie jest ważna na granicy: na wyjazd muszę mieć jednak oddzielną wizę. Sofka też.
-Wizę tranzytową to powinna pani zrobić w Moskwie. Właściwie, to powinniśmy teraz panią odesłać do Moskwy.
-Aaaaaaaaaa…
-Tylko ze względu na dziecko zrobimy wyjątek i dostanie pani wizę u nas. Potrzebne będą: zdjęcia paszportowe pani i dziecka, wypełnione wnioski, opłata skarbowa, kopia paszportu pani i dziecka, kopia starego paszportu, kopia starej wizy, kopia aktu ślubu, kopia aktu urodzenia, kopia dowodu osobistego męża. (Wyjeżdżając, po chwili wahania, wzięłam ze sobą wszystkie dokumenty „na wszelki wypadek”. Ufff). Wiza będzie w ciągu dwóch-trzech dni.
-Yyyyyy…. A nie dałoby się wcześniej, ykhm, dziś? Zatrzymaliśmy się w hotelu, nie liczyliśmy się z taką możliwością, dziecko, pieluchy, rodzina czeka…
-No cóż, zobaczymy co się da zrobić. Proszę przyjśc o trzeciej.
O trzeciej wiza była gotowa. Cała praca polegała na wydrukowaniu jej i podpisaniu przez panią kierownik, która siedziała w innym budynku. A teraz ja się pytam: jeśli można było zrobić tę wizę praktycznie od ręki, tego samego dnia, to dlaczego chciano mnie (i pewnie wszystkich innych przede mną i po mnie będących w takiej sytuacji) odesłać do Moskwy? Dlaczego jeśli można wizę zrobić w trzy godziny, to robi się ją w trzy dni? Dlaczego, żeby dostać nową wizę roboczą odesłano mnie z małym dzieckiem do Polski i dlaczego czekam teraz tygodniami na dokumenty, z daleka od męża i domu?
Ale nie był to koniec przygód: z wywieszonymi jęzorami i masą bagażu dopadliśmy na dworcu autobusowym do kierowcy busa: -jedzie pan do Polski? -Tak. -Weźmie nas pan ze sobą? -Dobra. -Wysadzi nas pan w Bartoszycach? -Tak, nie ma sprawy.
Wysadził nas w Braniewie.
Na granicy podaję swój paszport. Celniczka ogląda go, zabiera wizę tranzytową i oddaje mi dokument. Bierze paszport Sofki. Ogląda go, ogląda wizę, kartkuje, myśli: -Ale dziecko nie ma wizy pobytowej w Rosji. Mnie oblał zimny pot, ale z kamienną twarzą mówię: -To dziecko urodziło się w Rosji. –A, w porządku.
Wreszcie po polskiej stronie. Wolność!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
